Zwierzęta naszej strefy klimatycznej, w ciągu setek tysięcy lat wypracowały różne strategie przetrwania najtrudniejszego dla nich okresu – zimy. Tak to urządziła natura, i tak jest dobrze. A sama zima, służy między innymi temu, żeby wyeliminować osobniki słabsze. Brzmi to brutalnie, ale tak właśnie jest: część zwierząt nie powinna jej przetrwać.

Wszystko toczyłoby się swoim, dobrze znanym i sprawdzonym torem, gdyby nie człowiek. Na różne sposoby utrudnia – lub niewłaściwie ułatwia, przetrwanie zimy zwierzętom. W jednym i drugim przypadku narusza naturalny porządek.

Przyjrzyjmy się strategiom przetrwania zimy, które obserwujemy u dziko żyjących zwierząt.

Strategia 1: Odlot

Ptaki odlatują w cieplejsze rejony głównie ze względu na brak pokarmu w okresie zimowym. Opuszczają miejsca, w których spędzały lato, i powinny móc bez przeszkód dotrzeć do celu. Tymczasem staje się to dla nich coraz trudniejsze.

Po pierwsze dlatego, że my sami – wykazując się nieodpowiedzialną nadopiekuńczością, zniechęcamy je do tego, by odlatywały. Chodzi o niewłaściwe dokarmianie.

Pomijając kwestię, czym dokarmiamy ptaki (chleb jest niewłaściwym pokarmem), czynimy to bez wyraźnego powodu. Ostatnie zimy są nad wyraz łagodne. I nic to, że nie ma śniegu ani mrozu, tak przecież lubimy z workiem resztek ze stołu spacerować po plaży. Tak bardzo nas cieszą ucztujące w karmiku ptaki za oknem. Wydaje nam się, że czynimy dobrze, wszak trzeba pomagać stworzeniom w potrzebie. Tylko, że… tej potrzeby nie ma. Jeśli nie ma mrozu, który utrzymywałby się przez dłuższy czas, głębokiej pokrywy śniegu, nie ma żadnej racjonalnej przyczyny, by dokarmiać ptaki. Co więcej – jest wiele argumentów przemawiających za tym, żeby tego nie robić.

Najważniejszym jest taki, że w ten sposób uczymy je, że wcale nie trzeba odlatywać na zimę w cieplejsze rejony Europy lub do Afryki. Coraz więcej ptaków, szczególnie w mieście, nie podejmuje trudu wędrówki – bo wcale nie musi. Jedzenia jest tu pod dostatkiem. Przykładem może być doskonale znany widok – ogromne stada łabędzi na miejskich plażach. Choć, oczywiście, problem ten nie dotyczy tylko łabędzi.

To bardzo zła sytuacja. Natura wymyśliła to w ten sposób, że sama wędrówka – wysiłek z nią związany, ma za zadanie – z jednej strony, wzmocnić dane populacje poprzez wyeliminowanie słabych osobników. Tak, muszą rozstać się z życiem te ptaki, które nie podołają migracji, żeby populacja była silna i zdrowa.

Tymczasem dokarmiane słabe osobniki mogą przetrwać korzystając z naszej pomocy. W efekcie wydają na świat potomstwo – równie słabe i chorowite…

Czy to oznacza, że w ogóle nie powinniśmy dokarmiać ptaków? Nie brakuje głosów, że tak właśnie jest. Ale jeśli już dokarmiać – to w ostateczności, gdy dziesięciostopniowy mróz trzyma już od ponad tygodnia, wokół pełno śniegu i nie zanosi się na ocieplenie. Tyko wtedy, jeśli bardzo tego chcemy – w odpowiedni sposób i z umiarem, dokarmiajmy ptaki.

O właściwym dokarmianiu ptaków zimą – CZYTAJ TUTAJ

Kolejną przeszkodą, stojącą na trasie ptasich wędrówek – w sensie dosłownym, są różnego rodzaju wysokie budowle. Nie jest tak, że ptaki latają bezładnie, w różnych kierunkach, jak im „się zechce”. Mają swoje trasy, z których korzystają. Jedna na przykład wiedzie wzdłuż naszego wybrzeża, inna – wzdłuż Wisły. Ptaki, które pochodzą z dzikich rejonów Syberii, mogą „nie wiedzieć”, co to jest elektrownia wiatrowa albo linia wysokiego napięcia. To dla nich śmiertelne zagrożenie. Nie mówiąc już o przeszklonych wieżowcach. Ptaki nie widzą lustra. Zamiast niego widzą odbijający się w nim las. I lecą ku niemu, aż zderzą się z twardą szybą.

Więcej o problemach z przeszklonymi wieżowcami – CZYTAJ TUTAJ

Kolejny problem podniebnych „turystów”: każdy czasem musi odpocząć. Przy trasach ptasich migracji (właściwie: pod nimi) są miejsca, w których mogą nabrać sił do dalszej podróży. Niestety, tych miejsc ubywa. Wiąże się to najczęściej z inwestycjami, na przykład takimi, jak Przekop Wisły. Na Zalewie Wiślanym czasowo przebywają setki tysięcy ptasich migrantów. Jak wielka budowa, a potem przepływające statki wpłyną na możliwości odpoczynku ptaków w tym miejscu? Dyskusja na ten temat trwa, inwestor obiecuje tak zwane rekompensaty przyrodnicze w postaci usypanych wysp… Nie zagłębiając się w szczegóły można poprzestać na stwierdzeniu, że do końca nie wiadomo jak Przekop Wisły wpłynie na środowisko naturalne, ale bardzo prawdopodobne jest, że ten wpływ nie będzie pozytywny… To tylko przykład – takich inwestycji jest znacznie więcej.

Strategia 2. Zimowy sen

Sen albo hibernacja. To dwa różne zjawiska. Czym się różnią? W skrócie rzecz ujmując: zimowy sen powoduje obniżenie temperatury ciała o kilka stopni, na przykład z 38 do 33 stopni Celsjusza. W sen zimowy zapadają takie zwierzęta, jak susły, świstaki czy niedźwiedzie, a u nas na Pomorzu – na przykład borsuki. Inaczej jest w przypadku hibernacji. Wówczas temperatura ciała obniża się z 38 stopni Celsjusza do zaledwie kilku. Oddech jest bardzo rzadki, podobnie bicie serca. Najpopularniejszym ssakiem, który hibernuje się na zimę w ten sposób, jest jeż.

Dlaczego o tym piszemy? Ma to duże znaczenie dla bezpieczeństwa zwierząt, które zimują w ten sposób w sąsiedztwie człowieka. Otóż borsuk wybudzony ze snu zimowego może wrócić do nory i spać dalej, do wiosny. W przypadku jeża jest inaczej. Wydatek energetyczny związany z wyprowadzeniem się ze stanu hibernacji jest tak duży, że zwierzę to – w przypadku wczesnego „wybudzenia” ma nikłe szanse na przeżycie.

Niestety, tak zwana antropopresja – czyli presja, jaką człowiek wywiera na środowisko naturalne, jest często tak duża, że zwierzętom bywa trudno znaleźć odpowiednie miejsce na spokojny sen czy hibernację. Dodatkowo – zmiany klimatyczne, które też możemy zaliczyć na konto ludzkich grzechów, powodują, że w środku zimy pojawia się wiosna. Tylko na chwilę. Zwierzęta wychodzą wówczas z swoich zimowych legowisk, gdy nagle chwyta mróz i zaczyna padać śnieg.

A kiedy wychodzą, często są osłabione i niemrawe. Tak jak borsuki na przykład. Szukają wysokokalorycznego, łatwego do uzyskania pokarmu. Gdzie go znajdują? Na szosie, w postaci padliny. Często same wówczas giną pod kołami samochodów. Są miejsca, w których w okresie wiosennym co kilka dni pojawia się martwy, rozjechany przez samochód, borsuk. Antropopresja niejedno ma imię…

O zagrożeniach dla bezpieczeństwa jeży w okresie zimowym – CZYTAJ TUTAJ

Strategia 3. Znaleźć pokarm w śniegu

Trzecią strategią jest zachowanie aktywności w zimie, poszukiwanie pokarmu przy jednoczesnym oszczędzaniu energii. Podamy więc kilka przykładów, jak człowiek zaburza naturalne zachowania zwierząt w tym zakresie.

Zaczynając od ptaków…

O niewłaściwym dokarmianiu już powiedzieliśmy. Problem dotyczy zarówno ptaków migrujących, jak i tych, które u nas zimują (to też mogą być migranci, bo niektóre gatunki przylatują do nas na zimę). Dokarmianie powoduje, że trudne warunki atmosferyczne, jako eliminator słabszych osobników przestaje działać. W efekcie spadają: stan zdrowia i odporność populacji.

Teraz – dla podania przykładu na szkodliwe i bezsensowne działania człowieka, przyjrzyjmy się zjawisku „przymarzania” łabędzi do lodu.

Straż pożarna ma z tym spory kłopot. Bardzo często jest wzywana do „przymarzniętego łabędzia”. Strażacy, nie szczędząc sił i środków, ruszają do takiego ptaka, który zwinięty w kłębek „przymarzł” do lodu na środku jeziora. I kiedy się zbliżają, łabędź nagle wysuwa głowę z piór i… odlatuje.

Prawda jest taka, że łabędzie – i jest to ich strategia przetrwania zimy – potrafią wprowadzić się w stan letargu – właśnie po to, by maksymalnie ograniczać wydatkowanie energii. Mogą, bez ruchu tkwić zwinięte w kulę (chowając głowę między skrzydła) nawet przez trzy tygodnie. W takim przypadku płoszenie ich jest działaniem na ich szkodę. Zerwanie się do lotu to bezsensowna utrata wielu kalorii.

Ale bywają także łabędzie naprawdę przymarznięte (wyglądają inaczej – wyrywają się, walczą z lodem). Warto postawić pytanie: dlaczego jedne przymarzają, a inne – nie? Otóż te, które przymarzają, są chore. Gruczoł kuprowy nie produkuje wówczas substancji natłuszczającej pióra i w efekcie taki łabędź ginie nie mogąc oderwać się od lodu. Z jednej strony jest to przejaw działania eliminatora, jakim jest zima – i jest to proces naturalny. Z drugiej strony – dzieje się tak, gdy łabędzie najedzą się na przykład chleba podawanego im przez ludzi. I tu już nie mówimy o naturalnej selekcji, tylko o truciu ptaków chlebem i tragicznych tego konsekwencjach.

I tak to właśnie łabędzie mają z nami, ludźmi. Mają niełatwo. Albo je trujemy, wtedy chorują, albo bez sensu płoszymy zdrowe ptaki, sadząc że są chore…

A teraz przyjrzyjmy się ssakom. Na przykład sarence – takiej biednej istocie, która szuka korzonków pod śniegiem. Jak jej nie pomóc?

Myśliwi dokarmiają zwierzęta zimą (karmę na polach i w lesie widuje się niezależnie do tego, czy jest śnieg i mróz, czy błoto i plucha). Tymczasem one potrafiły przetrwać zimę na długo przed tym, jak w lesie pojawił się człowiek z bronią i paśnikiem. Ponownie wracamy do pojęcia „eliminatora”, jakim ma być zima. Brutalna prawda jest taka, że owa „biedna sarenka”, jeśli nie potrafi samodzielnie przetrwać zimy, powinna zginąć. Chodzi oczywiście o selekcję naturalną, o której pisaliśmy już powyżej – „w interesie” populacji jest, żeby osobniki wchodzące w jej skład były jak najsilniejsze, jak najzdrowsze i odporne – żeby były jak najlepiej przystosowane do życia w naturalnych warunkach. Dawanie szansy przetrwania osobnikom słabym i chorowitym, jest działaniem na szkodę populacji.

Do czego prowadzi zaburzanie naturalnych procesów najlepiej widać na przykładzie dzików, które również od lat są dokarmiane przez koła łowieckie. Na skutek takiego działania wzrosła ich liczebność, coraz młodsze (a także mało odporne, chore i słabe) osobniki zaczęły wydawać potomstwo. W efekcie ich zagęszczenie jest coraz większe, a stan odporności populacji – coraz gorszy. To warunki dla rozwoju zupełnie innych chorób, które mogą być groźne dla gospodarki człowieka. Chodzi między innymi o Afrykański Pomór Świń, czyli ASF, z którym borykają się hodowcy trzody chlewnej.

***

Niniejszy artykuł, rzecz jasna, nie wyczerpuje tematu. Podajemy tylko kilka wybranych przykładów na to, jak funkcjonujące „od zawsze” strategie przetrwania zimy, występujące w naturze, zaburzane są przez działalność człowieka. Czasem dzieje się to na skutek „wielkich” interesów, które nie oglądają się na potrzeby środowiska naturalnego, innym razem powodem jest zwykła ludzka nadopiekuńczość, chęć pomagania. Ta ostatnia – sama w sobie godna pochwały i szacunku, nie podparta wiedzą, może być dla zwierząt zabójcza.

Poza tym obserwując zmiany w przyrodzie, jakie nadchodzą z początkiem zimy, uświadamiamy sobie, oczywistą wydawałoby się, prawdę. Czy nam się to podoba, czy nie – zwierzęta muszą w zimie ginąć. Dotyczy to osobników słabych, chorych, nieprzystosowanych do życia w naturze. Mróz, śnieg, zawieja, chłód, głód – wszystkie te zjawiska pełnią swoje zadanie w naturze. I tak ma być, i tak jest dobrze.

Jednak, jeśli to nie natura, ale my, ludzie, wyrządzamy zwierzętom krzywdę – na przykład chorym od jedzenia chleba łabędziom, to również naszym – ludzi, obowiązkiem jest zrobić wszystko, by ową krzywdę zrekompensować.

Autor: Tomasz Słomczyński
Współpraca: pracownicy Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Ostoja” w Pomieczynie

 

Znalazłeś dzikie zwierzę, któremu należy pomóc? Zadzwoń do Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Ostoja” – tel.: 606 907 740

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Rok w Przyrodzie” Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt OSTOJA dofinansowanego z środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Gdańsku.

Przetrwać zimę: odlecieć, przespać, czy marznąć?

Komentarz do “Przetrwać zimę: odlecieć, przespać, czy marznąć?

Komentowanie wyłączone